piątek, 7 lutego 2014

Kho Tao

Railay pożegnaliśmy z łezką w oku pomimo choróbska, które nas tu dorwało. Turyści są tu żegnani z pompą. Nie ma portu, ani pomostu, a na prom jakoś się dostać trzeba. W czasie odpływu, morze cofa się na jakieś 200-300 m. Metody dostarczania faranga (białasa) na prom są dwie: ekskluzywna - czyli traktor wjeżdża w morze a farangi jadą na przyczepie oraz brodząca - idź se sam z bagażami do statku po kolana w wodzie, którą my wybraliśmy.





Po całodziennej podróży longtailem, promem, vanem, autokarem, jeepem dotarliśmy na wyspę Ko Tao. Padliśmy styrani podróżą. Ranek odsłonił przed nami cudowne widoki. Wyposażamy się w sprzęt snurkowy i na cały dzień chlup mordeczkami do wody...

czwartek, 6 lutego 2014

Laguna Phra Nang

Jak cudownie jest obudzić się zdrowym! W pełni sił ruszyliśmy od rana na kolejne wspinaczki wysokogórskie. Trochę hardcora i zdobyliśmy (no dobra tylko Wojtek zdobył, ale było naprawdę ciężko) lagunę otoczoną skałami. Wspieliśmy się też na punkt widokowy, z którego pięknie widać po obu stronach półwyspu nasze ulubione plaże. 






Popołudniowym spacerkiem odkryliśmy cudne zakątki tego uroczego miejsca.

Drzewka namorzynowe piją wodę morską,żyją i pięknie kwitną w morzu...cud!


Jutro z Morza Andamańskiego przenosimy się nad Zatokę Tajlandzką - liczymy na widoki podwodne.

środa, 5 lutego 2014

Leżing

Dziś nie chcielibyście widzieć jak spędziliśmy dzień. Dopadła nas zemsta Buddy czy innego faraona i cały dzieńnie oddalaliśmy się zbytnio od łóżka i łazienki ...
Poniższe zdjęcie chyba odpowiednio oddaje nasz stan.

wtorek, 4 lutego 2014

Plażowanie

Półwysep Railay jest bardzo niedostępny. Nie ma tu dróg, samochodów, dotrzeč tu można tylko łodzią. Dostępu do niego bronią pionowe skały piaskowca. Ma 4 plaże, które postanowiliśmy dzisiaj zwiedzić. Nie sądziłam, że na jedną z nich trzeba było zabrać sprzęt wysokogórski. A ja poszłam w klapeczkach... 

Widoki bywają zdumiewające. Np. łódź zaparkowana przy drzewie, my raczej przywiązujemy rowery, psy, ale nie statki...







Morski Wars wita nas... Pyszne szejki ze świeżego mango.





poniedziałek, 3 lutego 2014

Railay

Z przyjemnością porzuciliśmy tajskie Mielno i udaliśmy się w rajskie krajobrazy.

Przeżyliśmy pierwsze intensywne spotkanie z małpami (wreszcie). Banda szajbusów! Awanturują się okropnie, wskakują na głowę, sprawdzają co masz w plecaku, spijają turystom napoje - przez słomkę!!! Bezczelność na maksa.



Opisywany wcześniej wschód słońca nad Laosem był niezły, ale zachód na Phra Nang Beach, na półwyspie Railay nas przewrócił. W osobistym rankingu Knoców - to niekwestionowany numer 1! Nie potrafimy znaleźć odpowiednich słów ...



Dla tych co znają Wojtka z różnych wspólnych wypadów - oczywiście zostawił plecak na promie. Ale, człowiek uczy się własnym doświadczeniem... Wystarczył efektowny  bieg po wszystkich i po wszystkim, kwitowany oklaskami współtowarzyszy podróży i plecak został uratowany, a Wojtek zdążył wysiąść i nie popłynął z promem dalej do Wietnamu:-)  Natomiast mój zegarek zauroczył się rajskimi plażami i postanowił tu zostać na zawsze.


niedziela, 2 lutego 2014

Phuket

Tym razem poniosło nas 1200 km na południe Tajlandii. Porzuciliśmy góry dla morza i rafy koralowej. Rozpoczynamy naszą przygodę z rajskimi wysepkami. 




Po przylocie do takiego tutejszego Mielna okazuje się, że Chińczycy nadal nie zakończyli obchodów Nowego Roku -  Roku Konia zresztą. Mają siłę chłopaki, my odpadliśmy już drugiego dnia:-) 



Widoki zachodzącego słońca są obłędne. Według nas kolorytu dodają im jeszcze lokalne smaczki w postaci wszechobecnych kabli elektrycznych i rozpadających się aut z palmami daktylowymi w tle.



Na kolację coś jakby gofry z kukurydzą.

Pozdrawiamy wszystkich bardzo gorąco! 

sobota, 1 lutego 2014

Chiang Mai

Do Chiang Mai dolecieliśmy w całości. Lot malutką Cesną, nad górami porośniętymi dżunglą, poprzecinaną polami ryżowymi był wyjątkowy. Gdyby nie wielka ciekawość obserwowania pracy pilotów i urządzeń samolotu, startu i lądowania widzianych przez przednią szybę - chyba umarłabym ze strachu. 







Po szczęśliwym przywitaniu z ziemią ruszyliśmy na jej zwiedzanie. Centrum Chiang Mai przepełnione jest watami - wszelakimi: drewnianymi, ceglanymi, antycznymi i w których farba jeszcze nie wyschła, po kilku godzinach zwiedzania w pełnym słońcu i 30 stopniowym upale można dostać watowstrętu:-)  Do tego miasto jest przepełnione niekończącym się tłumem Chińczyków, którzy przyjechali tu na obchody Nowego Roku. Ich Sylwester wygląda nieco inaczej niż u nas. Przegapiliśmy np. pokaz fajerwerków, który z zaskoczeniem dla nas odbył się o 22, a nie jak myśleliśmy o północy. Chińskie świętowanie polegało głównie na konsumpcji na ulicy z ręki w płynącym tłumie lekko szokujących nas rzeczy jak: malutkie ptaszki, larwy, czarne glutowate coś, suszone ośmiornice. Zdecydowalismy się spróbować makaronu z chińskimi grzybami (Wojtek normalnie wymiata pałeczkami, nawet zupę umie nimi zjeść bez kawałka łyżki).
Na zdjęciu poniżej szok gastronomiczny - swieżo wyciskany sok z trzciny cukrowej (a myśleliśmy, że to bambus).





Wieczorem odbyły się pokazy chińskich tańców i śpiewów. Zobaczyliśmy też wyczekiwany taniec smoka - dwóch tancerzy połączonych smoczym strojem przeskakiwało na palach - niezłe wrażenia. Do tego pięknie oświetlone chińskimi lampami ulice. Balowaliśmy tak długo, że nie dało rady już nic wczoraj napisać:-) 


Dziś za namową watofila Wojtka watofobka Marta dała się namówić na wyjazd do kolejnego watu Doi Suthep na wysokim wzgórzu za miastem. Wat ten pokryty jest taką ilością złota, że w słońcu bez okularów wprost nie da się na niego patrzeć. Wiedzie do niego 300 schodków, ale na szczęście dla leniwych turystów jak my zainstalowano kolejkę. Jeden z buddyjskich mnichów postanowił (chyba) nas nawrócić obficie polewając nas wodą podczas (chyba) błogosławieństwa w świątyni. Niestety mamy braki w wiedzy dotyczącej praktyk buddyjskich. Wojtek w świątyni wyciągnął wróżbę, iż jego małżeństwo będzie wspaniałe a żona najlepsza jaką można mieć. Przez grzeczność nie pytałam kiedy zamierza się znowu ożenić:-) 




Odkrycie dnia: pyszne, słodko kwaśne mangostany, mniam....